3 LATA Blondynki Tańczącej z Wilkami

Leniwe święta państwa M&B

Nauczono mnie, że święta są czasem, gdy lansujemy się przed rodziną nową sukienką, elegancką szpilką od której cierpką stopy i perfekcyjnie wysprzątanym domem.

Nauczono mnie, że święta są czasem szalonej gonitwy i biegu za kolejnymi łakociami na ten odświętny stół, z który większość i tak trafi do kosza.

Nauczono mnie, ze trzy dni po świętach wciąż leczymy świątecznego kaca.

 

W tym roku kompletnie nie miałam czasu na przygotowania o świat.

Odpowiednio wcześniej poszłam do spowiedzi. Co by uniknąć tych bezsensownych kolejek, choć by tu.

Odpowiednio wcześniej umyłam okna i wyprałam firanki. Co by uniknąć bezsensownej nerwówki traconej na cos tak banalnego jak porządek.

Odpowiednio wcześniej zabrałam się za przedświąteczne zakupy co by uniknąć tych absurdalnych kolejek po 6 cocacole, która przecież musi być.

 

Tuż przed świętami, co by zakończyć studia w terminie okazało się że co tydzień mamy zajęcia. Miesiąc bez wolnej soboty, za to z 4 zaliczonymi przedmiotami na tradycyjne już 4+.

Tuz przed świętami wypadał 10 i każdy z moich mocodawców, postanowił mi sypnąć jakimś groszem. Spotkania z klientami i tymi, którzy płaca mi za te wizyty skutecznie pozbawiły mnie czasu by dokończyć domowe porządki.

W teatrze gro festiwali i jak to przed świętami, występ za występem. Czasem 3 czasem 2 dziennie.

I jeszcze ten lekarz, którzy tak bardzo uparł się by uwolnić mnie od pewnego demona przeszłości.

Z nie lichym bólem przeżyłam 3 tygodnie bieganiny, bynajmniej nie świątecznej.

 

Nie planowałam tych świąt. Pewnego dnia, ktoś krzyknął na uczelni by nas wcześniej wypuścili, bo to przecież niedziela palmowa i dopiero wtedy obudził we mnie świadomość, ze to już.

Co na niewiele się zdało, wobec ogromu tych ważniejszych spraw.

A przecież oka przez ten miesiąc się wybrudziły. Zapasy się wyjadły. Ciuchy wgniotły. Grzechy sumienie zabrudziły.

Mimo ze odpowiednio wcześniej zaczęłam nic na święta nie było gotowe.

 

Temat świąt poruszył sam M. Ja kompletnie nie miałam do tego głowy.

- A może byśmy spędzili je tak i tak, pewnego dnia wymyślił.

- Nie wiem, jeszcze z mamą nie rozmawiałam.

Po czym zaakceptowałam decyzje o tym by nie szaleć przed świętami oraz fakt, że chętnie spędzi je po mojemu.

Zatem spacer, po wietrznym cmentarzu, trzy msze święte i 2 rodzinne obiady, totalnie bez spiny.

Teraz on sobie śpi ja sobie pisze.

Po 36 latach życia wreszcie normalne święta, gdzie nic i nikt poza bezsensownymi nerwami nie zostało pominięte. Jest bosko!

A przepraszam.

Pan Kanalia i alkoholowe tur de familia i znajomi.

I jeszcze ten lans przed rodzina, która tylko czeka by skomentować nie perfekcyjną linie buta i włos psa na jesionce. O kurzu na samochodzie zapomniałam.

Jak by od tego jak wyglądamy w święta miał zależeć los tego świata. I serie smsów, do ludzi którym warto o sobie przypomnieć, choć od lat łączą nas już jedynie te świąteczne życzenia.

 

W tym roku wszystko jest inaczej.

U boku Anety siedzi znacznie wyższy ktoś. Uroczy Łukasz, który zdawał się być idealnym materiałem na męża jest już tylko wspomnieniem. Cóż…. Być może tylko dla nas, którzy patrzyliśmy na ten związek z boku był on idealnym chłopakiem dla szczuplutkiej Anetki.

Monika znów ubrała, za krótka sukienkę. Cóż być może tylko nam się zdaje że stanowczo za grubej dziewczynie nie przystoi. Jej mąż jest przecież zachwycony.

Adam po wczorajszym Balentajnsie z M, dziś podchodzi z rezerwą do alkoholu.

Skoda pierwszy raz od lat w te święta pozostała w garażu, czekając aż Antoni wyzdrowieje.

A i ja wreszcie przestalam być wyzwoloną singielką. Co gorsza wreszcie po obiedzie nie idę sama na ten swój świąteczny spacer.

 

Świat się zmienia. W tym roku nasza rodzina znów się powiększy.

 

Moja mama z radością chwali się wielkim ciastem, które dostała od M. To mu kotlecika wciśnie. To go o pomoc w ściągnięciu wazonu poprosi. Ze szwagrem planujemy jakieś ognisko na działce. Z bratem tru de siłownia.

W szarej koszuli i jeansach łysy M wygląda za stołem znacznie gorzej niż Pan Kanalia w tych perfekcyjnie zaczesanych włoskach, białej koszuli z czarnymi mankietami i idealnym Kantem w nowiusieńkich czarnych spodniach.

Pan kanalia zawsze mawiał, ze jego największą wadą jest to, ze wybrał sobie nie tę córkę. Bo gdyby wybrał tamtą, to pewnie też jak mój szwagier był by ukochanym zięciem. A jemu przecież nikt nie wciskał 3 kotlecika.

Tymczasem, wciąż ta sama córka a jednak stosunek do zięcia zupełnie inny.

Być może czas bym dostrzegła to co inni widzieli, gdy mi oczy miłość zasłaniała. Że to nie córka lecz zięć był nie odpowiedni.

 

Kiedy tak patrzę jak identyczne z tamtymi a jednak inne niż zwykle są tamte święta. To coś mi się zdaje, że ten dawny ktoś zupełnie nie widział własnej winy.

 

Wczoraj gdy wiatr i niepogoda zniszczyły mi koncepcje na koktajlową sukienkę a ubrawszy nową biała koszule. Uświadomiłam sobie jak bardzo żyje w nas nasza przeszłość. Jak nas zbudowała. Jak wciąż mimo biegnącego czasu z niej czerpię.

I kiedy tak ze spokojem, choć lekko spóźniona szłam na msze w kościele, do którego chodziłam kiedyś z Babcią zrozumiałam, że oto spełnia się moje dawne marzenie. Msza w tym kościele, przed obiadem świątecznym z ta rodziną.

Bez stresu, bez wpadania po pierwszym daniu, bośmy musieli się pokłócić o ten włos psi na nie nowej jesionce. Bez awantury, że w święta trzeba iść do kościoła. Bez planu, że właśnie tak a nie inaczej musimy zrobić. Bez walki o to kto ma racje.

 

A wiec można przeżyć normalne święta.

I nawet można grać w teatrze gdy jest się w związku. Można też bez żadnych awantur, dobrze wyglądać w święta. I można znaleźć chwile by siąść do ulubionego bloga.

I można czerpać radość, że facet śpi w święta.

Można przeżyć bez stresu święta.

Wystarczy trafić na kogoś kto bardziej od tego kto ma racje, cieni przyjemne życie.

 

Święta to taki czas, który mimochodem pokazuje jak to nasze życie się zmienia.

Ja w tym roku postawiłam na to by po prostu było przyjemnie serdecznie, rodzinnie.

U boku Anety nowy ktoś. Gdzieś w jakimś brzuszku nowy ktoś. Przy stole puste miejsca zajmują jacyś nowi ludzi.

Świat się zmienia. My się zmieniamy. Dzieci rosną. Rdzy na samochodach przybywa.

Nauczono mnie ze święta….

Wreszcie, kiedy tak bardzo pochłonęło mnie to moje zaganiane życie i nie miała czasu zadbać o święta ufało mi się osiągnąć ideał. Spokojne, rodzinne, Normalne święta.

Choć wszystko to czego z takim uporem mnie gdzieś tam w przeszłości uczono, wciąż zyje, a kto wie czy nie procentuje pozytywem.