3 LATA Blondynki Tańczącej z Wilkami

3 LATA PAMIĘTNIK Z ZYCIA BEZ NIEGO

Mili sekundy

Znów się coś kończy.

Po miesiącach uczenia się życia, którego nie znałam, znów jestem w tym dobrze znanym miejscu. Na progu życia jeszcze z nim i już bez niego. I tylko sekundy, milimetry znów dzielą mnie od przepaści.

Już się nie boje życia bez niego. Wciąż pamiętam jak to jest żyć w pojedynkę.

Prawie rok razem, a ja wciąż nie zaufałam tej miłości na tyle by zapomnieć jak to jest żyć w samemu. Wciąż mam swój plan B.

Podobno nie wolno mieć planu B, bo na pewno będzie potrzebny.

Pierwszy błąd?

 

Wszystko się zmieniło po występie w DD TVN.

To chyba był ten moment, gdy on pierwszy raz stwierdził, że stać mnie na kogoś lepszego.

A teraz ta praca, nowa praca, lepsza praca.

Przestalam być tą, która mniej zarabia, tą która ma dwulicową koleżankę i szefa manipulanta. Już mnie nie trzeba pocieszać, nie trzeba tłumaczyć jak wyjść by dobrze na tym wyjść.

I mam nowego laptopa. I on już nie musi kupować laptopa.

I cała polska, służbowe wyjazdy, drogie kontrakty, służbowe kolacje, milionowe transakcje.

Ty nie masz czasu na związek. Zwłaszcza taki związek.

Nie wiem co ma na myśli mówiąc taki związek. Dla mnie właśnie taki znaczy idealny, jeszcze chwile temu dla niego też.

 

On, który po każdym występie tak się cieszył, że jest świadkiem tego jak spełniam marzenia.

Teraz gdy teatr jest na szczycie, teraz gdy wreszcie nie musze się martwić pracą, teraz gdy już stać mnie na te wymarzoną Chorwacje.

Teraz kiedy nocą już nie siedzę w ciemnej kuchni cichutko plącząc nad bezmiarem nieszczęść co to hurtowo spadają.

On który, tak wspierał w każdym upadku. Teraz gdy świeci słońce, stwierdza, że nie jest dla mnie dość dobry.

Na progu. Gdy tak bardzo potrzeba mi tego spokoju, który jak nikt inny umiał dać.

 

Wspólne życie to już ledwie sekundy.

W jego słowach słyszę niepewność, żal i nadzieje na energetyczną wolność.  

Im bliżej wykonania tego wyroku tym większy przepełnia mnie spokój.

Już wiem, że walka nic nie da. Już wiem, że najwięcej ran zadajemy sobie niechąc zaakceptować spadającego na głowę nieszczęścia. Już wiem, że nawet jeśli upadnę i tak będę musiała wstać. Już wiem, ze nic nie dadzą moje łzy.

 

Czy wszystkie rozstania muszą tak bolec?

Czy wszystkie muszą być poprzedzone deptaniem tych najpiękniejszych razem spędzonych chwil?

Czemu w takich momentach oni zawsze zapominają jak wiele dla nich znaczyłyśmy?

 

Jeszcze próbujemy zrobić to z klasa, w przyjaźni, z szacunkiem. Bo taki był ten związek. Bo taka była ta relacja. Bo jak twierdzi to co razem przeżyliśmy zasługuje na przyjaźń, szacunek i serdeczne pożegnanie.

I wiąż mi powtarza, że to dla mojego dobra, ze to z miłości, bo szkoda mnie dla niego.

On, który nauczył mnie, czym jest taki normalny związek, spokój, bezpieczeństwo, życie wolne od awantur, On, któremu tak niewiele można zarzucić...

 

Jak można odejść od człowieka, o którym się mówi, „ta najważniejsza, najbliższa” i zrobić to dla jego dobra. Nie rozumiem!!!

Pewnie nigdy nie zrozumiem. Choć przecież już kiedyś ktoś mnie opuścił dla mojego dobra. Bo on podobno taki pijak, menda i złodziej i po co mi taki on i szkoda mnie dla niego. Powinnam już rozumieć przecież  ledwie 3 lata temu straciłam kogoś kto był dla mnie najważniejszy, dla mojego dobra. I nic to, że kiedy się kogoś kocha to rany wcale się nie zrastają i nawet po latach bez niego wciąż krwawi serce.  Jak by to było wczoraj gdy zasypiałam schowana w jego ramiona. Nic to.

Tania wymówka lecząc wyrzuty sumienia tchórza, który nie umie zmierzyć się z krzywda którą ci zrobił, bólem który ci zadał. Tani chwyt, tych co z własnego kurestwa próbują wyjść z twarzą. Gdzie była ta twarz gdy ranił…

 

Miota się.

W jednej chwili mnie kocha, głos mu drzy na samą myśl, że jeszcze sekunda i mnie nie będzie. Tak totalnie, absolutnie, tak jak by mnie nigdy w tym jego życiu nie było, tak jak by nigdy żadnej z tych chwil nie było, jak by to wszystko się nie wydarzyło.

Mój telefon zamilknie, tak jak milkną telefony gdy ktoś umiera.

W następnej mówi tym rozsądnym tonem, ze to dla mojego dobra bo on jest mnie nie godzien. Że to dla mojego dobra, bo będziemy się ciągle ranili. Ze on nie chce ale rozsądek. Nic z tego nie rozumiem.

 

 

Za duża jestem by nie dostrzec bijących z jego serca wyrzutów sumienia.

 

Nie będę sama. Nigdy nie jestem sama.

Na chwile skryje się w ramionach kogoś zupełnie innego niż on. Gdy mnie zapyta, skłamie, że już sobie wszystko ułożyłam, by nie zadać ukryć przed nim wciąż żywe uczucie.

Tradycyjnie ucieknę od bólu w cos nowego, nieznanego, co na chwile i totalnie bez sensu ukoi żal po czymś co wcale nie musiało się  kończyć, czymś co od początku do końca było porostu dobre.

 

Nie cierpię tego momentu, kiedy czekam na wyrok.

I pewnie nigdy nie zrozumiem czemu tak naprawdę to się skończyło…

 

Być może znów byłam zbyt uparta.

Być może znów byłam zbyt niezależna.

Być może znów byłam za silna.

Być może znów udzielam jakiemuś facetowi jaja, wykastrowałam go ta swoją niezależnością, pędem do wolności, ciężarem tej maski silnej i niezależnej kobiety, którą przecież nie jestem.

A być może on naprawdę był tym nie właściwym, nie godnym i być może to jego zmęczyło noszenie maski, człowieka, który tak kocha rozsądnie i uczciwie.

 

W takich chwilach wraca do mnie obraz tamtej miłości. Tamtej, która przecież przeszła tyle burz, sztormów, a mimo to tyle trwała, tyle przetrwała. I znów ta myśl, czy tamten człowiek, który tak bez sensu tyle lat ranił, czy On, jest tym jedynym mi pisanym.

 

I teraz, kiedy znów dotyka mnie ból pożegnania. Tamta miłość odwiedza mnie, mówiąc, że jeszcze wróci. Jak ten duch, który nie wszystkie sprawy załatwił przed śmiercią, tak ten mój był wraca zawsze gdy świat się wali.

 

Nic to.

Jestem silną i niezależną kobietą.

Już umiem wstawać po przepłakanej nocy. Już wiem czym zając ręce, gdy tak bardzo tęsknią do jego dłoni. Już wiem, gdzie zadzwonić by znaleźć ukojenie.

Nic to, nic. Już wiem że żyć bez niego się da.

Tylko ta świadomość… że jeszcze chwila, sekunda i znów go nie będzie.

 

Nowa praca, nowy początek jak to ładnie powiedział.

Kolejny marzec jak coś jest nowym początkiem, po kończącym coś lutym.

 

Dobrze gdy kończą się rzeczy złe. Co jednak gdy kończą się dobre?

To bez znaczenia.

Rankiem znów trzeba ubrać maskę silnej, niezależnej i uśmiechniętej kobiety.

Tylko ta moja poduszka już całkiem od tych łez oklapła.