3 LATA Blondynki Tańczącej z Wilkami

To był dobry rok

Do tego wpisu zbieram się od kilku tygodni. Koniec roku to wszak czas podsumowań. Zwłaszcza, gdy za nami Taki Rok.

received_359376957754609.jpegKiedy wybija północ, kiedy szaleją kolorowe petardy, kiedy radośnie składamy sobie życzenia… wtedy mamy najwięcej nadziei, ze ten właśnie rodzący się rok będzie tym, w którym wydarzą się same dobre rzeczy. O północy rzucamy palenie, ciastka, kupujemy nowy dom, przyjmujemy zaręczynowe pierścionki, zmieniamy całe życie. Rzeczywistość to weryfikuje tak jak jej pasuje, lub tak jak na nią zasłużyliśmy.

Zwyczaje sylwestrowe i noworoczne plany dominują nasze życie.

Kilka lat temu zastosowałam wszystkie znane sylwestrowe czary. W bucie banknot 100 zł by sobie zapewnić pomyślność finansową. Czerwona bielizna by sobie zapewnić pomyślność w związku. Wykwintne dania i szampański nastrój by cały rok mieć mnóstwo powodów do radości.

Rok 2013 przyniósł rozstanie, rozpacz i kulminacje problemów finansowych. Od tamtej pory gardzę wszelkimi gusłami.

Rok 2016 zaczął się dość smutnymi wieściami. Jakieś operacje, jakieś zamknięte firmy i nie rozliczone pieniądze, jakieś chore sytuacje z byłym partnerem. To był bardzo zły początek.

Koło lutego byłam już tak psychicznie zmęczona telefonami od anki i tak zniechęcana do swojego byłego partnera, że zapragnęłam się go raz na zawsze pozbyć z życia. I jak unikam wszelkich czarów, tak tamtej mroźnej środy wykonałam ostatni rytuał. Zmieniłam numer telefonu. Zaś magiczny czar rzuciłam na sama anne by ta się w nim wreszcie zakochała i raz na zawsze dali mi spokój.  Jeszcze chwile mną szarpali ale wyjazd do Włoch i nowy numer skutecznie wszystko odciął.

Z Lozanny wróciłam z nową energią i mam wrażenie zupełnie nowym życiem.

Nie wiem czy sprawił to ten wyjazd. Czy fakt, że moich skrzydeł został odczepiony kamień w postaci byłego, o którego ciągle się martwiłam. Ale koniec końców, 2016 okazał się być najszczęśliwszym rokiem od co najmniej 2012 roku, a pewnie i dalej.

Dziś, faceboook robiąc galerie z minionych zdjęć znakomicie podsumował ów ledwie minięty rok. Co na nich widzę… to co najczęściej zamieszczam… wspomnienia z występów.

Teatr, teatr, teatr…

 

W wigilie grając dla TVN, kolejny raz odkryłam, ze teatr to już bardziej praca niż pasja. Zrobiłam robotę, wrzuciłam parę fotek na istagram i facebook, po czym jak gdyby nigdy nic wróciłam do szarej rzeczywistości normalnej kobiety. Do tradycyjnego wigilijnego krojenia warzyw na sałatki, pakowania prezentów, ostatnich poprawek. Kiedy rodzina wypytywała o kulisy występu, ja ze spokojem odpowiadałam, „no co normalny występ”. Zupełnie jak gdyby to normalny budzik a nie spełnione marzenie obudził mnie o 4.30. Standard. Jak gdyby marzenia spełniały się codziennie….

No i w sumie to chyba właśnie tak jest. Marzenia spełniają się codziennie. Same z siebie. Ja tylko konsekwentnie biegnę na próbę i robię najlepiej jak potrafię swoją robotę.

A że poza teatrem mam też inne życie, to i nie specjalnie o tym co się dzieje myślę.

Rok 2016 był rokiem zdecydowanie zdominowanym przez Wigwama.

 

To dla niego skróciłam i tak bardzo krótki urlop. To do niego biegłam po całym dniu pracy. To przez niego, nie byłam na zlocie. To z nim spełniłam kilka marzeń znacznie więcej wartych niż wszystkie wolne wieczory.

 

Kiedy tak myślę o tym, że to głownie teatr budził ten uśmiech od ucha do ucha przypomina mi się kilka upalnych dni. Moje wakacje w tym roku trwały od marca do października. Cały ten czas gdzieś jeździłam, coś zwiedzałam, gdzieś bywałam. W sumie, jeśli tak zliczyć wszystkie spoty i zloty samochodowe i motocyklowe znów wychodzi, że był to rekordowy rok. Na tej ilości spotkań nie byłam nawet nim pojawił się pan kanalia, a wydawało mi się, że jeździłam bardzo często. W tym roku osiągnęłam jeszcze jeden bardzo ważny proporczyk na mapie swoich spełnionych marzeń. Choć wyścigu nie wygrałam, to sam fakt że wzięłam w nim udział jest już dla mnie nie lada gratką.

 

Diametralnie zmieniało się też na gruncie towarzyskim. Tu zdecydowanie na minus. Ale jakieś straty niestety muszą być i średnio nad tym boleje. Zatracona we własnych sprawach, nie miałam czasu by dalej babrać się w cudzych problemach. Nie żebym nie chciała, dalej wszystkim pomagać. W pewnym momencie zauważyłam, że wiele osób przypomina sobie o mnie gdy sobie z czymś nie radzi. Rozwiązawszy swoje problemy znikają, często dalej brnąć w swe błędy. Kika zdarzeń, w tym związek marka z anką uświadomiły mi, że szkoda mojego życia na ratowania kogokolwiek. Tak jak za mnie nikt nie rozwiąże problemów tak i ja za nikogo. Na paru osobach się zawiodłam. Choroba bardzo bliskiego mi człowieka jednoznacznie pokazała jak zachowują się ludzie przy których ja byłam gdy mieli podobny problem. Takie chwile obnażają płycizny czegoś co górnolotnie nazywamy przyjaźnią. Ale to dobrze. Widząc bezmiar niewdzięczności, można bez wyrzutów sumienia popłynąć w stronę zdrowego egoizmu. Którego dzięki tamtym sytuacją się wreszcie nauczyłam. A dzięki któremu wreszcie zrobiłam kilka kroków na przód. Dziś kiedy myślę o tym żalu, jaki zima ubiegłego roku miałam, odczuwam wdzięczność.

Czasem mam wyrzuty sumienia, że odwróciłam się od swoich znajomych. Ci ludzie wyciągnęli mnie z bagna a ja ich zostawiłam dla kariery. Tak to z boku wygląda. Czasem chciałabym mieć dla nich więcej czasu. W sumie gdybym chciała… ale fakt średnio chce.

Poznawszy smak samotności i sukcesu, wiem, że jedno wypływa z drugiego. Jedynie w ciszy można usłyszeć kierunek wewnętrznego wiatru.

 

Wspomniana samotność…

Teraz jestem w związku. Bardzo ciepłym, stonowanym, normalnym związku. Słowo samotność, które jeszcze niedawno napawało mnie takim zimnym strachem, dziś jest chwilą wytchnienia. Sekundą by zebrać myśli i odpocząć.

Walkę z przeszywającą samotnością wygrałam bardzo dawno temu. Chyba nawet wcześniej niż w 2015 roku. Chyba tuż po rozstaniu kiedy przyszło mi się z nią mierzyć. Jak sobie teraz przypominam… to było straszne. Jeszcze tęskniąca za dawnym partnerem. Już głodna obecności nowego człowieka. Pewnie gdybym tak nie kochała wtedy marka szybko uciekłabym w nowy związek i nigdy nie poznała jak potrafi boleć samotność. Mnie jednak nie było dane skończyć jedno życie, zacząć nowe. To był bardzo trudny czas. Ale ja go potrzebowałam. Każdy dzień z M, uświadamia mi, że to właśnie tam w tej samotności narodziły się te najpiękniejsze chwile, które dziś razem przezywamy.

Czasem się zastanawiam czy byłabym w tym związku, gdyby marek nie wziął ślubu.

Tego nie wiem. Próbowałam przecież a moje serce wręcz się zakochało…

Przypomina mi się pewien żołnierz, który próbował ułożyć sobie ze mną życie. Im bliżej byłam z Grzegorzem, tym więcej awantur wymyślał mi marek. W sumie nie z nim jednym się aktywował. Jak gdyby miał jakiś radar przynależności. Cisza, cisza cisza, nagle nowy facet i po chwili znów jest przy mnie mój ex. Może to ja nie byłam gotowa, a może on sam. Dziś ma na moje szczęście nowe życie i moje go nie obchodzi. Niech mu tam będzie jak chce. W tym roku stało się też coś czego w życiu bym się nie spodziewała. Pierwszy raz od 2002 roku nie wysłałam żadnych życzeń mojemu markowi.

Czas bym pewnie znalazła. Mogłam to zrobić gdy wysyłałam wieczorem życzenia. Mogłam napisać coś specjalnie do niego jadąc do tvn lub z niego wracając. Mogłam, ale nie chciałam. Pisać, że mu dobrze życzę… po tym co mi zrobił? To by była hipokryzja. Kiedyś go kochałam teraz już nie. Powiedzieć, ze mu źle życzę też nie mogę. Ja mu po prostu niczego nie życzę, niczego nie bronie ani  niczego od niego nie chcę, a tym bardziej już niczego mu nie chce dać, choć by to było uśmieszkiem na końcu nic nie znaczącego zdania. To jest chyba największy sukces minionego roku. Totalne zobojętnienie na losy tamtego człowieka.

Dla czego więc o nim wspominam? Bo to jest blog o tym jak wygląda życie po wyjściu z toksycznego związku. Blog o tym, że żyć bez tyrana się da. Aż jestem w szoku, jak dobitnie ten rok mi pokazał, czym tak naprawdę jest wyjść z cienia miłości do drugiego człowieka.

 

Rok który zaczął się od złych wieści, skończył się podobnymi. Mój tata znów jest chory i podobnie jak w ubiegłym roku tak i tego sylwestra zdominowała wieść o jego chorobie. W tym roku było podwójnie bo przecież i mnie dopadł kudłaczek. To nie prawda, że nie boli. Boli nawet w tym stadium ale to wciąż nie dostatecznie by mnie zamknąć w domu.

 

Rok 2016 zakończyłam dokładnie tam gdzie się zaczął. W klubie pod warszawą, wymiatając na techno, małolaty w białych rękawiczkach.

To był dobry rok. Oby ten który się właśnie zaczyna był równie bogaty, różnorodny, zrównoważony, stabilny, uśmiechnięty i wspaniały co właśnie opisany 2016. Czego sobie i Wam życze.