3 LATA Blondynki Tańczącej z Wilkami

3 LATA PAMIĘTNIK Z ZYCIA BEZ NIEGO

Inna droga

Po 3 latach od rozstania z nim, moje życie tak jak wtedy nim się pojawił wypełniają spełniające się marzenia.

11.16 004.jpgW weekendy albo gram albo studiuje, albo odkrywam piękno czystej miłości. W tygodniu szkolenia, podróże, praca, teatr. Nie wiem jakim cudem znalazłam czas na fitness a tym bardziej na jakieś życie towarzyskie o randkach nie wspominając. choć czasem padam ze zmęczenia i tak niesprawiedliwie na wszystko narzekam, to wreszcie jestem tym kim chciałam być i żyje tak jak chciałam żyć... i wreszcie jestem szczęśliwa.

Pierwsza wolna od wakacji niedziela...

Z nikim się nie widzę, nigdzie nie gram…

Dziś, tak samo jak wtedy nim się pojawił, moje życie jest spełnionym marzeniem. Niczego nie planując, ide tak jak niesie mnie ten mój wewnętrzny wiatr. Nie bardzo zdając sobie sprawę, że i tym razem wypełnia się wola przeznaczenia.

Wróciłam do czegoś co pewnego dnia się pojawiło i już zostało. Do czegoś za czym tęskniłam wcielając się w postać oddanej żony. Do czegoś co tak rozpaliło jego serce.

 

Jako kura domowa nie osiągnęłam żadnego sukcesu.

Nie doceniono moich wysiłków, moich starań, mojej miłości. Zamiast tego dostałam gorzką lekcje poniżenia, drwin i garść komplementów z cyklu „jesteś dwulicową szmatą i najgorszym z ludzi”.

Po 3 latach bez niego wciąż ciepły wiatr hula po sercu. Duch zmarłego związku czasem powraca, to w przypadkowych spotkaniach, to w telefonach od nowomiejskich sepów ciekawych mojej reakcji na wieść o jego ożenku, to w przeczuciach, ze znów wpadł w tarapaty, to we wspomnieniach tamtej dziewczyny. Dziś jednak jest jakaś ona i jakiś on. I kiedy tak bardzo chce mu biec na ratunek, powtarzam sobie, że teraz to są jej spełnione marzenia i z nimi problemy. Ja mam własne życie, własne problemy i kogoś kto dumnie wspiera gdy spełniam swoje marzenia.

Co za ulga…

 

Wciąż nie pojmuje, że nasze życie aż tak potrafi się odmienić…

Wciąż nie pojmuję, że po tym, co mnie spotkało można mieć tak wspaniałe życie i mimo wszystko wspominać go ciepło.

Wciąż zadziwia mnie przewrotność losu, który przez tyle lat zabierał a teraz teraz tak hojnie oddaje.

 

Był kiedyś taki poranek...

Razem z chłopakami pojechali gdzieś na robotę. Tradycyjnie zostałam sama. Tradycyjnie coś gotowałam. Tradycyjnie myłam biała podłogę, umorusaną ich brakiem szacunku dla pracy jaką wkładam w czynienie tego miejsca czystym schludny, ludzkim.

Tak okropnie smutna i załamana swoim losem, jako ten kopciuszek zaczęłam tańczyć z mopem.

 

„nie doceniasz mnie mój panie,

Jutro sam zjesz śniadanie,

I nie będzie mnie nikt bił,

i nie będzie nikt już ze mnie drwił,

nie doceniasz mnie waćpanie,

w krótce skończy się me płakanie

 

nie dla ciebie tańce me,

nie dla ciebie śpiewy te…”

 

Kilka dni później kij od mojego mopa został złamany na moim własnym  udzie. Od tamtej pory podłogę myłam co wieczór na kolanach.

Taki mój los, powtarzałam…

On w tamtym czasie bardzo lubił mi udowadniać, że jestem nikim, zbędnym śmieciem, służącą.

Gdy mi tak ubliżał, mój wzrok przybierał nadludzki spokój. Patrzyłam prosto w jego wielkie czarne oczy nieobecnym wzrokiem powtarzając tylko jedno pytanie

„Czy taka mnie poznałeś?”

Zatem to ty mnie tak zniszczyłeś, to życie z tobą. To kim teraz jestem to tylko dowód na to jak nikczemnym człowiekiem ty sam jesteś”

Czas weryfikuje kto kim jest. Mi udowodnił, że w tamtym zdaniu była cala prawda o nim, o mnie i o naszej relacji.

Wspomnienia to nasze korzenie.

Moje korzenie, dawały mi odwagę, w najgorszych momentach mojego życia.

W najlepszych momentach mojego życia wspomnienia dodają mi siły do dalszej wędrówki.

Czym jest własna droga?

Choć całe życie nią właśnie idę, wciąż nie znam odpowiedzi.

Kiedyś pisałam o osiołku z bohemol el parador. To zastojałe zwierzę nauczyło mnie, że można być szczęśliwym zawsze i wszędzie. Wystarczy zaakceptować to co daje nam los.

Szczęście jest stanem umysłu. Rzecz w tym, że bezwarunkowo akceptując to co daje los, za rzadko zwracamy uwagę na jakość tego co przyjmujemy…

Pomimo przykrości jakie mnie spotkały w tamtym, życiu nigdy nie chciałam z niego rezygnować. Tam było moje serce. Tam był on i tam były moje wilki. Niemal na siłę zostałam z niego wyrzucona.

Dziś nie ma ani jego ani wilków, ani pelargonii na werandzie, ani bezsennych nocy.

Jest bezcenna lekcja siły, pokory, miłości i zaufania wobec Boga.

Boga, który mimo tysiąca łez nie wysłuchał moich modlitw i mi go nie oddał. Choć tak błagałam.

Dał za to wszystko inne, jakze stanowczo decydując za mnie o tym co da mi prawdzie szczęście… Nie zaufałam bo chciałam, zaufałam bo musiałam… dostałam mi wszystko inne…

Mogłam siąść i płakać, lub wstać i walczyć…

Nie miałam siły na walkę. Więc nie walczyłam, zamiast tego zaufałam woli przeznaczenia, które wie lepiej. Dostałam dużo więcej niż pragnęłam…

 

Dziś nie wiem dokąd ide. Wiem natomiast, że idę we właściwym kierunku.

Dwie drogi… dwa opowiadania… dwie zupełnie inne kobiety… i tylko jedno życie.

Moje życie.

 

Każde z nas poszło własną drogą.

On, największy przeciwnik małżeństwa jakiego znam, zwolennik życia pod prąd, zawarł, dokładnie takie małżeństwo jakimi zawsze wzgardzał, standardowe, sztampowe. Ślub bez jego ulubionych wiejskich przyśpiewek, za to z klasą i bez zbędnych wygibasów z kobietę 15 lat młodszą nie zbyt ładna, za to zaakceptowaną przez królową matkę, schludną i zbyt nudną by budzić pożądanie mężczyzn a tym bardziej plotkar. On który czerpał życie garściami, on kolekcjoner nietuzinkowych wspomnień… dziś jest spokojnym starszym panem, który żyje dokładnie tak jak nigdy nie chciał żyć.

 

Ona, zagorzała fanka nudnego małżeństwa, dziś jest największym przeciwnikiem tak owego i fanem  barwnego, niezrozumiałego życia. Ona fanka niebanalnych mężczyzn, dziś buduje związek pełen spokoju, a adrenalinę znajduje poza nim. Ona, której dni kręciły się wokół pielęgnowania domowego ogniska, dziś jest kolekcjonerem nie tuzinkowych wspomnień…

 

Każde z nas wróciło do tego od czego uciekało, chowając się w ramionach tego drugiego.

Nie dla mnie były szare pióra kwoki i nie dla niego barwny ogon koguta.

 

Czasem bywa tak, że coś co zdaje się być sensem życia, wcale nie jest naszym marzeniem.

To ja chciałam mieć niesztampowe życie. To on chciał mieć nudne małżeństwo.

Nie wiem jak udało się nam przeżyć tyle lat razem.

Nie pojmuje jak to możliwe, że moje marzenia były jego a jego moimi.

 

Ze spokojem dopijam ostatnią kawę.

Życzę mu jak najlepiej. W gruncie rzeczy jestem mu bardzo wdzięczna za te podłości, bo dziś to one sa mi trampolina, dnem, z którego się odbijam i jestem tym kim jestem.

 

Po latach każde z nas wróciło na własną drogę.

Może to była miłość, a może światło które prowadziło w stronę własnych marzeń.

Czasem chciałabym jeszcze coś mu powiedzieć, jeszcze coś z nim przeżyć. Teraz kiedy obydwoje mamy nowe rodziny to nawet mogło by się udać.

 

Rzecz jednak w tym, że dziś to ja nie mam już dla niego czasu

 

Wolna niedziela... by ze spokojem przyjrzeć się szczytom, które osiągam.

Z tego szczytu widzę trud i piękno drogi którą dotąd przeszłam i dno z którego się wybiłam.

Potrzebowałam takiego dnia by wreszcie stanąć, odpocząć i nacieszyć się owocami swojej ciężkiej pracy.

Jestem z siebie dumna.

 

"nikt już ze mnie nie drwi

nikt, już ze mnie nie kpi

nie dla ciebie tańce me,

nie dla ciebie śpiewy te

ach jak dobrze,

dobrze że tak zraniłeś wtedy mnie…”